Biuro (sandbox) Dr_Blackpeace

Ostatnia edycja starego sandboxa: wersja strony: 1494, ostatnia edycja: 21 Jan 2017, 12:52

Na zawsze pozostanie w naszej pamięci

https://www.flickr.com/photos/esparta/4111703709/ — przyda się

https://fr.wikipedia.org/wiki/Automate_m%C3%A9canique#/media/File:Complimentarius-face_Bremen-16th_century.jpg

https://www.flickr.com/photos/34938397@N08/3423911009 garaż
https://pxhere.com/en/photo/1200364 cień



ocena: 0+x

Ciemność. Brak słońca skrywający dziwny, obcy świat. Sam dla siebie nie był obcy. Obcym byli dla niego Ci, którzy rozświetlili ciemność.

Mężczyzna odzyskał przytomność, ale minęła chwila, gdy w pełni wróciła świadomość i zdolności poznawcze. Łazik P-3 leżał nieopodal, przewrócony na bok. Widoczny był z dziwnej, nienaturalnej, trzecioosobowej perspektywy, nieco z góry, niczym w filmie, podobnie jak mężczyzna. Oglądał siebie, uszkodzony pojazd, oraz obserwował zbliżającą się wokół ścianę bladobłękitnego światła. Perspektywa ruszyła i zbliżała się do mężczyzny, jak przybliżająca się kamera. Niebo nagle pokryły gwiazdy.


Obudziłem się na tylnym siedzeniu samochodu, który właśnie zboczył z ładnej asfaltowej drogi, podążając teraz po wiejskiej żwirowej klepance. Niewielka torba z rzeczami osobistymi leżała na podłodze między kanapą a fotelem kierowcy, który nie zauważył mojej pobudki. Telefon musiał wypaść z kieszeni, gdy spałem. Podniosłem go z podłogi i umieściłem z powrotem w miejscu, w którym powinien być, wcześniej sprawdzając godzinę. 5:22. Czyli kimnąłem się z godzinę. Jarek, wysoki brunet, pracujący w Ośrodku Prowizorycznym 066, skupiony był na pustej o tej porze dnia drodze. Ostentacyjnym westchnięciem dałem znak towarzyszowi, że już nie śpię.
— O, jak się spało? Nawet nie zauważyłem, gdy zasnąłeś.
— Gdy zrywają człowieka z łóżka w środku nocy, a ten ma pół godziny potem być w samochodzie, trudno nie zasnąć. Szczególnie przy ogrzewaniu i miękkiej kanapie…
— Zaraz się rozbudzisz, dojeżdżamy na miejsce.
W istocie, byliśmy już niemal u celu. Okolica przez te kilka lat nie zmieniła się zbytnio. Pomijając fakt braku kilku starych domów oraz wcale nie rzucający się w oczy kompleks zabudowań na końcu drogi.
— Składowisko odpadów się skończyło, to co teraz wymyślili? — spytałem.
— Coś z prywatnym przedsiębiorstwem. Akurat w tej okolicy jest mało ludzi, a ci, którzy już są, na słowo "prywatne" reagują splunięciem i wykrzywianiem bezzębnych dziąseł. Czyli mamy święty spokój.
— A, chyba że w ten sposób.
Samochód przejechał przez bramkę po czym skierował się na parking przy czymś, co wyglądało jak część biurowa.
— Tak bez komitetu powitalnego? Mogli chociaż wystawić ciecia co podałby rękę.
— Wiesz… od Twojego ostatniego pobytu tu, wiele się zmieniło.
— Mianowicie?
— A, sam się dowiesz. Dobra, ja idę do siebie, a Ty leć do dyrektora.
Rozstaliśmy się, po czym udałem się we wskazane miejsce. Na dworze było chłodno i pachniało typowym, wczesnym wiejskim porankiem. Budynek przypominał biuro jakiegoś zakładu produkcyjnego. Nie byłem pewien, czy zabiegi konspiracyjne były użyte tak głęboko, czy po prostu Fundacja uwielbia ten minimalistyczny styl. W gabinecie siedział dyrektor Ośrodka, Patryk Skorczewski. Dosyć niski, o urodzie i wąsie pod wielkim nosem odpowiedniej dla kogoś, kto miał w rodzinie meksykanina lub Super Mario. Wymieniliśmy pozdrowienia i zasiedliśmy do masywnego stołu. Jakaś kobieta przyniosła kawę. Idealnie smakowała, spoglądając przy delektowaniu się nią na pobliski las, skryty poranną mgłą. Dawno nie byłem na grzybach…
— Doktorze B, wezwaliśmy Pana tu, ponieważ, nie ukrywajmy, zna się pan na rzeczy. Pokierował pan projekt od niemal początku do samego końca. No właśnie, z tym końcem jest nie do końca tak, jak to w dokumentacji oficjalnej można wyczytać. — mężczyzna miał głęboki, nieco chrobotliwy głos.
— Trudno nie zauważyć, wybudowano tu cały Ośrodek. Może nie jest spory, ale jednak.
— Tak, budowa jego została wyznaczona ze wględu na… ponowną możliwość prowadzenia badań. Pamięta Pan Incydent I-PL-066-2?
— Ten, po którym miano wysadzić składzik?
— Tak. Otóż, nie doszło do rzadnej eksplozji. Od razu po tym, jak Pan wyjechał drugiego dnia po zakończeniu badań, postanowiono poczekać. Zauważyliśmy brak jakichkolwiek oznak wrogości istot z wymiaru, biorąc pod uwagę fakt przebywania ich zaraz pod włazem defensywnym. Chcieliśmy zobaczyć, co się dalej wydaży. Stało się tak, że z dnia na dzień buczenie stawało się coraz cichsze, aż ustało. Około 10 dni po zamknięciu klapy i 4 dni po umilknięciu, otworzyliśmy ją i wysłaliśmy klasę D na rozeznanie. Pracownik wrócił, cały i zdrowy. Wysłaliśmy agentów, którzy zgłosili brak zagrożenia. Czy Pan mnie nie słucha? — Skorczewski zauważył mók wzrok skupiony na orchidei stojącej na parapecie
— Nie, skądże. Po prostu układam sobie w głowie fakt, że dopiero teraz dowiaduję się o tak istotnych rzeczach. Dlaczego nikt mnie nie raczył poinformować?
— Był Pan zajęty. — Skorczewski wzruszył ramionami.
— Co? Dobra, ale co z… Cholera, czy w tej organizacji nawet dowodzący personel traktuje się z marginesem? Przecież sam rozgryzałem ten wymiar, czy Bóg wie co to jest, wystarczył jeden telefon i jestem. Nie byłem aż tak zajęty!
Skorczewski jedynie ponownie wzruszył ramionami.
— I co ja ci poradzę, chłopie… — powiedział, jakby do siebie.
— Mniejsza, co dalej? — przerwałem chwile dziwnej ciszy.
— Brak zagrożenia okazał się faktem, znaczy zastaliśmy plac taki, jakim go opuściliśmy. Po widmach nie było nawet śladu.
— Nazwaliście światła widmami?
— Nieoficjalnie. Nie wiemy, czym są, czego chcą, skąd pochodza dokładnie. Aczkolwiek udało nam się poznać trochę ich… wygląd. Na jego podstawie wyciągamy dalsze wnioski. Tu może Pan sobie zerknąć. — podał mi czarno-białe zdjęcie, chyba z jakiejś kamery odległościowej.
Zdjęcie nie było wyraźne, ale niektóre szczegóły były widoczne. Na zdjęciu widać było zarysy pięciu podłóżnych sylwetek, emitujących silną poświatę, nakładającą się na siebie wzajemnie i dając efekt łuny. Wszystkie sylwetki miały niemal identyczne głowy, podłużne, nie podobne do ludzkich. Miałem pierwszy raz okazje zobaczyć to, co widział świętej pamięci D-6619. Podłużne, wychudzone twarze, z wielkimi pustymi oczami. Wyglądali nieco jak hollywoodzkie wyobrażenia kosmitów. Wydawali się stać w szeregu, patrzeć przed siebie, jak żołnierze podczas musztry. Było w nich coś tajemniczego, nieco strasznego. Usłyszałem jak krew płynie w mojej głowie. Spoglądałem prosto w oczy jednej z tych istot. Mimowolnie, jak gdyby nie moja, przeleciała mi przez głowę myśl. One były piękne. Z transu wybudził mnie Skorczewski.
— Ej, znowu rozmyślasz nad niesłusznością rozkazów dowództwa?
— Ja, co?

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License