Książka


Podszedł do drzwi.

Łatwo mu było pomyśleć, że tysiące osób przewinęło się przez ten sam korytarz, idąc do innego segmentu placówki. Problem był jednak w tym, że łączniki między segmentami były porozmieszczane w innym miejscu, więc jakakolwiek osoba przechodząca w miejscu, w którym właśnie stał, nie miała tak naprawdę czego szukać. Mogła jedynie popatrzeć na ceramiczne płytki z figurowymi wzorami na sobie i spostrzec jedne, jedyne drzwi, które były zazwyczaj zamknięte, i zawrócić, ponieważ koniec korytarza był zamurowany.

Uśmiechnął się.

Na widok zamurowanego przejścia dalej zawsze się uśmiechał. Przypominał sobie wtedy, jak to ekipa techników, a raczej niewykwalifikowanych więziennych murarzy, zabudowywała tę szczelinę. Niezręczne ruchy pracowników klasy D, niedokładne, wręcz okropne nakładanie zaprawy na następne cegły były tak śmiesznym widokiem, że omal nie wybuchnął śmiechem. Jednakże po wykonaniu tego dzieła nieco pomylił się co do ich umiejętności. Ściana trzymała solidnie, była właśnie tym, czego oczekiwał.

Wyciągnął klucze.

Brzdęk kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kluczyków o niewielkiej długości dawał mu zawsze radość z posiadanej władzy w ośrodku. Przynajmniej z tego mógł się cieszyć. Śmierć żony przybiła go dość mocno, ale nie mógł się załamywać i zamykać na cały świat. Był zbyt ważną osobistością wśród reszty zatrudnionych, żeby teraz poddawać się kryzysowi emocjonalnemu. Musiał pogodzić się z tym, że ludzie odchodzą i przychodzą wbrew naszej woli.

Włożył odpowiedni do zamka.

Dopchnął drzwi drugą ręką, pierwszą natomiast przekręcił mocno w lewo, by otworzyć drzwi. Gdy tak pchał je kilka razy w tygodniu, to powstawały lekkie załamania w ich strukturze. Raz potrzebowały wymiany, ale było to bardzo dawno temu, jeszcze za początków jego kariery w Fundacji.

Chwycił za klamkę.

Silny uścisk objął uchwyt i nacisnął go w dół. Rygiel w mechanizmie zamka wreszcie mógł się zwolnić, pozwalając drzwiom obrócić się na zawiasie wprzód i umożliwiając mu wejście. Po otworzeniu wrót do jego biura poczuł znajomy zapach, aczkolwiek nieznane mu jeszcze ułożenie dokumentów. Gdy ostatnio był tutaj, inaczej pozostawił porządek na półce, więc bardzo go to zadziwiło.

Zamknął drzwi.

Z hukiem zamknęły się drzwi, luźny rygiel musiał sam się zamknąć, by później móc wcisnąć się w miejsce zabezpieczające przed lekkim pchnięciem i przedostaniem się do środka. Włączył światło, klucze rzucił na biurko. Zbliżył się do fotela, odsunął go, usiadł na nim i wsunął się bliżej miejsca pracy. Włączył lampkę nocną, gdyż żarówka w żyrandolu na suficie świeciła bardzo niewielkim światłem.

Zamyślił się przez chwilę.

Czy to właśnie było jego przeznaczenie? Zostać jedną z ważniejszych osób w calutkim Ośrodku 24? Ciężko mu na myśl przychodziły te pytania, że popełnił błąd młodości idąc do liceum na profil humanistyczny, następnie na studia - kierunek administracja, a w ostateczności akceptując propozycję pewnego agenta polowego kręcącego się w okolicach uniwersytetu niedaleko posterunku obserwacyjnego.

Znosił wprawdzie już wiele rzeczy, acz nie potrafił dalej wytłumaczyć, dlaczego wtedy zgodził się i poszedł wraz z owym agentem. Na końcu swoich przemyśleń jednak uświadomił sobie, że nawet jeżeli była to wtedy nieprzemyślana decyzja, to dzisiaj jej nie żałuje.

Powrócił do świata rzeczywistego.

Chwycił za dokument dotyczący obiektu SCP leżący na jego biurku. Ustawił lampę tak, by światło z jej żarówki kierowało się centralnie na tekst raportu. Wczytał się w niego szczególnie. Złapał za czerwony długopis i różowy zakreślacz, rozpoczął podkreślanie ważnych fragmentów pisma. Coś dalej, wbrew jego woli, nie pozwalało mu przestać myśleć o drugim dnie działania organizacji, która go zatrudniła…


— Halo, proszę Pana… Proszę Pana, proszę się obudzić! — lekko niezrozumiały, wyciszony damski głos zawołał, budząc go. — Dzisiaj mamy przepiękny dzień na zapoznanie się z nowym towarem! — głos się zaśmiał cicho, podciągając do góry rolety. Okno było od strony wschodniej, zatem do pomieszczenia wpadło sporo promieni słonecznych, które szybko go obudziły.
— Emmm… — przeciągając się i ziewając, z pozycji leżącej na łóżku powoli ustawił się do pozycji siedzącej. Szczerze zaskoczony widokiem osoby, która go obudziła, spytał:
— Ależ co Pani tutaj robi? Nikogo nie zatrudniałem na budzik koło łóżka… — zażartował, śmiejąc się ochryple.
— Jestem nową członkinią Rady Dyrektorskiej. Nie wspominał Panu nikt o tym? — zrobiła zdziwioną, niewinną minę i z uśmiechem podała mu śniadanie.
— Nie, nikt nie powiedział mi o tym… Trochę niezręczna sytuacja, że to kobieta podaje mężczyźnie śniadanie do łóżka. — wytrzeszczył oczy na widok podsycającego kubki smakowe rannego posiłku.
— No cóż, trzeba sobie pomagać. — odpowiedziała w pośpiechu.
— A tak w ogóle, dlaczego akurat Pani do mnie przyszła? — wymamrotał, pół siedząc, pół leżąc, zajadając pierwsze kęsy ciepłej drożdżówki.

Unless otherwise stated, the content of this page is licensed under Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License