Plac zabaw Zero ¯\_(ツ)_/¯

Pojedyncza gałązka trzasnęła pod butem dowódcy formacji MFO nazwanej „Brzask”. Dostępni członkowie tego oddziału zostali wysłani w teren w celu pozyskania obiektu, o którego lokalizacji Fundację powiadomiła bliżej niezidentyfikowana persona. Co było jeszcze dziwniejsze, wiadomość została dostarczona listownie bezpośrednio na biurko jednego z naukowców o czwartym poziomie upoważnienia. Sam adresat nie wykazał większego zainteresowania tematem, uznając list za oczywisty żart, jednak szczęśliwie dla Fundacji, razem z nim do jego gabinetu wszedł jego znajomy, będący pracownikiem o trzecim poziomie uprawnień. Jakby tknięty przeczuciem, polecił odpowiedniemu zespołowi kontakt z obecnym w pobliżu wskazanych koordynatów agentem o kryptonimie „Wrona”. Gdy ten po trzech wezwaniach w żaden sposób nie odpowiedział, wysłano właśnie „Brzask”.

Czterech uzbrojonych mężczyzn należących do tego oddziału przemieszczało się powoli w stronę kilku niedużych budynków stojących na obrzeżach lasu znajdującego się niedaleko miejsca, w którym po raz ostatni nawiązano kontakt z agentem Wroną.

— Jak myślicie, czego szukamy? — spytał mężczyzna o identyfikatorze Trójka.

— Szlag wie. W tym liściku było napisane, że na pewno tego nie przeoczymy. — mruknął Czwórka. — Żeby to tylko nie była pułapka, chcę dożyć emerytury.

— Co się może stać? — rzucił Dwójka. — To tylko las i kilka budynków.

— „Co się może stać?” — syknął Czwórka. — W tej zajebanej robocie wszystko się może stać. PL-117 to też tylko las, a pieprzone sarny chodzą tam na dwóch nogach!

— Przymknąć się! — zarządził dowódca, znany również jako Jedynka. — Chyba coś słychać.

W miarę zbliżania się do zabudowań, coraz wyraźniej słyszalne były odgłosy gry na flecie, częste trzaski i szelesty. Z bliska budynki okazały się być jeszcze mniej okazałe. Składały się na nie jedynie małą, drewnianą chatką z niewielkim tarasem i niedbale zbitą z desek komórką na narzędzia. Pracownicy Fundacji przywarli do tylnej ściany domku i zaczęli nasłuchiwać. Pomimo, że mijały kolejne sekundy, które w owej sytuacji wydawały się być wiecznością, nic się nie zmieniało. Trzaski i szelesty trwały nieprzerwanie, tak jak wyjątkowo wprawna i przyjemna dla ucha gra na flecie.

— Czujecie coś dziwnego? — szepnął pytająco Jedynka, na co wszyscy obecni pokręcili przecząco głowami. — W takim razie to raczej nie memetyk, może tylko zwykły flet. Mimo wszystko ostrożnie. Dwójka, idziesz ze mną z lewej strony domu. Trójka i Czwórka, na prawą. Wykonać.

Bez zbędnej zwłoki cały oddział przystąpił do wykonywania rozkazów. Nie minęło nawet dziesięć sekund, a czterej uzbrojeni mężczyźni już celowali ze swojej broni do nieznajomego siedzącego na drewnianym taborecie przy jeszcze niezapalonym ognisku. Był on ubrany w beżowe szorty z kieszeniami, typowo hawajską, czerwoną koszulę w białe kwiaty i czarne, skórzane klapki zapinane na dwa rzepy. W dłoni trzymał drewniany flet prosty koloru czarnego. Jego gęste blond włosy i rysy twarzy wskazywały jakoby nie miał więcej niż trzydzieści lat.

— Ach, witajcie! Trochę wam to zajęło, nie powiem. Pewnie mój list został zlekceważony, co? Cały czas tak się dzieje, może powinienem zacząć używać poczty? Ale te opóźnienia…

— W twoją klatkę piersiową są skierowane cztery lufy karabinów. — zaczął dowódca oddziału. — Zamiast wygadywać bzdury, radziłbym Ci powiedzieć trzy rzeczy: kim jesteś, co tu robisz i gdzie jest nasz człowiek.

— Taki niecierpliwy. — westchnął mężczyzna w hawajskiej koszuli. — Gdy mówisz „nasz człowiek”, pewnie chodzi ci o mężczyznę, który leży wewnątrz tej chatki. Był dla mnie niemiły i trochę mnie poniosło, ale nic mu raczej nie będzie. Musi tylko swoje odespać.

— Trójka, Czwórka, sprawdźcie ten domek, tylko ostrożnie. — zakomenderował Jedynka.

Nieznajomy lekko się uśmiechnął i przyłożył flet do ust.

— Odłóż ten flet! — warknął Jedynka, celując w niego.

Ignorując go, mężczyzna dmuchnął we flet i zagrał na nim krótką melodię.

Pobliskie zwierzęta usłyszały jedynie melodyjne solo, serię strzałów, z których żaden w nic nie trafił, chrzęst metalu i kilka głuchych uderzeń.

Teraz już nie mający kim dowodzić Jedynka upadł na kolana, patrząc jak jego towarzysze leżą w bezruchu na ziemi, ugodzeni własnymi pociskami. Mężczyzna spojrzał na niego pytająco, nie odsuwając fletu od ust.

— To jest jakiś pierdolony koszmar… — wyszeptał mundurowy, mrugając kilkukrotnie. — Co tu się stało…?

Nigdy nie sądził, że leżące luzem spore kamienie są w stanie tak nagle komuś tak bardzo zaszkodzić. Zanim zdążył się zorientować w sytuacji, Trójka i Czwórka oberwali w potylice wspomnianymi bryłami skalnymi, lecącymi z zatrważającą prędkością. Pociski wystrzelone chwilę później przez Jedynkę i Dwójkę zmieniły niespodziewanie trajektorię lotu i wbiły się w glebę. Następnie lufy ich karabinów zgięły się do wewnątrz, zupełnie jakby ścisnęły je dłonie niewidzialnego siłacza. W tym samym momencie jeden z wcześniej użytych jako broń kamieni poderwał się z ziemi i trafił Dwójkę w bok głowy. Mężczyzna upadł na ziemię, czemu towarzyszyło głuche łupnięcie. Co za tym szło, Jedynka pozostał ostatnią przytomną osobą z wysłanej przez Fundację grupy.

— Spieszę z wyjaśnieniem! — uśmiechnął się szeroko nieznajomy. — Dwaj twoi kompani mi się… nie spodobali, delikatnie mówiąc. Zrobiłem więc to, co należało zrobić. A skoro wy mnie zaatakowaliście, to musiałem was obezwładnić i rozbroić. Tobie niczego nie zrobiłem właśnie po to, by porozmawiać.

— Porozmawiać? Właśnie wymordowałeś mi pół oddziału. — mężczyzna zerwał się na równe nogi i wymierzył palcem w rozmówcę. — O czym takim chcesz ze mną rozmawiać?!

— O Fundacji. O Organizacjach. O obecnym stanie rzeczy. — mężczyzna w hawajskiej koszuli dmuchnął we flet, wygrywając przy tym trzy nuty. Niemal od razu po tym jak melodia ucichła, ułożone wcześniej ognisko zapłonęło. Następnie zagrał kolejne pięć nut i ciała członków oddziału „Brzask” przesunęły się pod ścianę komórki na narzędzia. — Tak przy okazji. Oni raczej żyją, są tylko ogłuszeni. Wolę nie psuć sobie stosunków z Fundacją już na starcie.

— Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? — warknął Jedynka.

— Sprawdź sobie. Śmiało.

Mundurowy zmierzył nieznajomego wzrokiem i cały czas na niego zerkając, powoli podszedł do leżących na ziemi kompanów. Następnie sprawdził kolejno ich puls i oddech i odetchnął z ulgą. Nieznajomy nie kłamał, przeżyli.

Jedynka nadal czuł się źle w związku z faktem, że dali się rozbroić jak dzieci, jednak przynajmniej wiedział, że nie stracił całej wybranej do tej misji jednostki. W miarę jak roztrzęsienie zanikało, powoli zastępowała je złość. Złość na dziwaka który to zrobił. W dodatku posługując się wyłącznie drewnianym fletem prostym. Po raz kolejny spojrzał na niego i spytał:

— O co tu chodzi? Po co zostawiłeś ten list i zwróciłeś naszą uwagę? Po cholerę to wszystko?

— Po kolei, usiądź sobie. — nieznajomy zagrał na flecie kolejne kilka nut, po których drzwi chatki się otworzyły i drugi taboret wyleciał z wnętrza, lewitując około dziesięć centymetrów nad ziemią. Zatrzymał się koło ogniska i stanął na ziemi z cichym stuknięciem. — Nie wstydź się, siadaj.

Jedynka niechętnie na nim usiadł i popatrzył wyczekująco na rozmówcę. Ten z kolei podrapał się po skroni w zamyśleniu.

— Od czego by tu… pytałeś po co to wszystko. Żeby dać o sobie znać, żeby się ujawnić. Obserwuję was i inne organizacje już od dłuższego czasu. Cały czas się ścieracie, wchodzicie sobie w drogę. Niszczycie przy tym wszystko co jest wokół was, bez wyjątku. A przecież macie takie wielkie zasoby i możliwości.

— Nic nie jest tak proste jak mówisz. — mruknął Jedynka. — Te wszystkie odłamy, sekty…

— Co do tych sekt. — przerwał mu rozmówca. — Kościół Zepsutego Boga i inne pseudoreligijne organizacje są w mojej opinii zbędne. Tylko spowalniają postęp, tworzą jakichś anomalnych bożków… to idioci niegodni istnienia. Nie szanują niczego. Ścierwo.

Mówiąc to, zmarszczył czoło i splunął na ziemię. Po chwili jednak westchnął i kontynuował:

— Prawda jest taka, że nie cierpię wszelkich religii i sekt. Najchętniej zmiótłbym wszystkie z powierzchni ziemi, a potem zaprowadził porządek. Ale co ja sam mogę? Jestem jeden, nie mam pod sobą tysięcy pracowników i użytecznych anomalii. No, oprócz tej jednej. — podniósł flet na wysokość oczu i obrócił go w swoich palcach. — Jednak wiem to i owo. Kto wie, może nawet rzeczy za którymi się uganiacie? Ach, zapomniałbym, gdzie moje maniery. Mam na imię Fabian, chociaż organizacje które dowiadują się o moim istnieniu przeważnie nadają mi jakiś beznadziejny pseudonim. „Fleciarz”, „Muzyk”, co to ma niby być?

— Nie interesuje mnie jak cię nazywają. — tym razem to Jedynka przerwał swojemu rozmówcy. — Zaatakowałeś bez powodu dwóch moich ludzi, trzeciego ogłuszyłeś i uszkodziłeś nasz sprzęt. Jak ja mam ci zaufać?

— Tamci dwaj są niemal fanatykami religijnymi. Nie przeszkadza mi gdy ktoś jest wierzący, dopóki trzyma się zasad moralności i nie przedkłada zabobonów nad to co jest tu i teraz. Zwłaszcza gdy robi krzywdę niewinnym stworzonkom. — Fabian zacisnął zęby i wyraźnie powstrzymał się przed kolejnym splunięciem. — Powiedzmy, że nie wpasowali się w mój system moralności.

Mężczyzna przez chwilę patrzył na mundurowego, po czym poprawił hawajską koszulę i wstał z taboretu. Następnie odwrócił się i zaczął powoli iść w stronę drzew, mówiąc przy tym:

— Wiesz, wydaje mi się, że będę musiał porozmawiać na ten temat z kimś o szerszych horyzontach. Obicie tych trzech i zepsucie kilku zabawek to niewielka cena za możliwość skontaktowania się z wami bez ryzyka. Powiedz swojemu dowództwu, że jeszcze się odezwę, być może całkiem niedługo. Poza tym nie radzę za mną iść. Do zobaczenia.

Jedynka zerwał się z taboretu i powiedział:

— Zaczekaj, chwila!

Fabian jednak, nie zważając na reakcję swojego rozmówcy, zagrał na flecie jeszcze kilka nut i rozpłynął się w powietrzu niczym widmo.


Ten czwartek był jednym z najspokojniejszych dni Ośrodka 12 od dobrych trzech tygodni. Żadnych przełamań zabezpieczeń, żadnych ataków wrogich Organizacji i żadnych strajków z powodu niskich płac. Wszyscy pracownicy mieli wrażenie, jakby placówka wreszcie odetchnęła po długich zmaganiach z przeciwnościami losu.

Główny zarządca projektu SCP-PL-023, doktor S., właśnie szedł niespiesznie w kierunku przechowalni wspomnianego obiektu, wygwizdując przy tym wymyśloną przez siebie melodię. Miał szczęście, że od dłuższego czasu jego jedynym przydziałem był PL-023. W końcu obiekt ten był tylko książką, całkowicie niegroźną dopóki się jej nie dotknęło. A mało kto mógł być na tyle szalony, by dobrowolnie i bez powodu wchodzić do tego koszmarnego świata, do którego wysyłała każdego testera.

Doktor otworzył drzwi przechowalni obiektu i wszedł do środka. Miał zamiar dokonać standardowego, szybkiego przeglądu zapisu z kamery znajdującej się w pomieszczeniu by upewnić się, że nie wemknęły się do niego żadne nieupoważnione osoby. Plany te jednak zostały szybko zweryfikowane. Na sejfie, wewnątrz którego znajdował się SCP-PL-023 siedział mężczyzna w beżowych szortach i czerwonej, hawajskiej koszuli w białe kwiaty. W rękach trzymał czarny, drewniany flet prosty. Na widok przybysza ziewnął i przeciągnął się, po czym powiedział:

— Rany, nareszcie. Powinienem był się chyba zakraść do przechowalni jakiegoś żywego „obiektu”, tak przyciągnąłbym waszą uwagę szybciej. No ale zależało mi na tym żeby to był ta książka. Jej… zawartość jest dla mnie dosyć istotna, więc pomyślałem – „Czemu by nie?”. No i jestem. Ach, zanim zdecyduje się pan wszcząć alarm, proszę ze mną porozmawiać. Jestem Fabian.

— Fabian. — powtórzył jak zaklęcie naukowiec. — Czy czasem „Brzask”…?

— Tak, to ja ich poobijałem. Najszczersze przeprosiny. Wszystko u nich dobrze?

— To poufne. — skwitował mężczyzna w kitlu. — Czego chcesz? Tylko bez żadnych sztuczek.

— Czego ja chcę? Och, rany. Jest tyle rzeczy których chcę. Jak na przykład emu. Z jakiegoś powodu, zawsze chciałem mieć emu. Dziwne, nieprawdaż? Ale pewnie chodzi panu o powód mojej wizyty tu.

— Włamania.

— Wizyty. Najchętniej pomówiłbym z wszystkimi O5 jednocześnie, ale rozumiem powody przez które jest to obecnie niewykonalne. Chciałbym zatem pomówić z panem. Z pewnością ma pan jakieś wpływy, skoro wszedł tu pan od tak, po prostu.

— Chcesz zmusić Organizacje do współpracy. To powiedziałeś Jedynce z oddziału „Brzask”.

— Nie, nie, nie. — Fabian pokręcił głową z dezaprobatą. — Nigdy nie użyłem słowa „zmusić”. Chcę was nakłonić do współpracy na rzecz ogółu. Nie mówił wam tego? — zapytał, wskazując SCP-PL-023.

— Kto?

— Mój znajomy. Siedzi sobie w tym świecie, zupełnie sam. Już od wielu lat. Ciągle szukam sposobu na wyciągnięcie go stamtąd.

—Mężczyzna w garniturze.

— Zawsze był z niego sztywniak. — Fabian zaśmiał się i pogładził sejf. — Ale co poradzisz. Na wyciągnięcie go przyjdzie jeszcze czas.

— Co konkretnie planujesz?

— Doktorze, czemu tak bez ogródek?

— Powinieneś być wdzięczny, że jeszcze nie wezwałem ochrony.

— Nie zrobił pan tego, bo nie jestem groźny. Chcę porozumienia. Zjednoczmy się, pozbądźmy sekt i poprowadźmy ludzkość ku złotej erze!

— To nie jest świat bohaterów i wielkich dokonań. — ponuro mruknął naukowiec. — To świat potworów, znudzonych ludzi w kitlach i ich wrogów.

— Więc to zmieńmy.

— To niemożliwe.

Fabian prychnął i pokręcił głową, po czym przyjrzał się uważnie swojemu rozmówcy.

— Naprawdę pracuje tu ktoś taki? Ktoś tak… ograniczony?

— Dosyć tej farsy. Ochrona! Intruz w przechowalni PL-023!

Mężczyzna w hawajskiej koszuli przyłożył flet do ust i zagrał na nim sześć nut. Zaraz potem znajdująca się za nim ściana pękła, odsłaniając las otaczający, jak mogłoby się wydawać, dobrze ukrytą placówkę Fundacji. W momencie gdy w drzwiach stanęło dwóch strażników, Fabian zagrał jeszcze kilka nut i skoczył w kierunku wyrwy z zaskakującą prędkości, zupełnie jakby jego ciało stało się nagle o połowę lżejsze.

— Stój! — dobiegło zza niego. — Natychmiast się zatrzymaj!

Uciekinier tylko się zaśmiał i zagrał na flecie kolejną krótką melodię. Jak na komendę, spory fragment podłoża pod jego stopami poderwał się z ziemi i uniósł go na wysokość kilku metrów i zawisł w powietrzu, pozostawiając po sobie okrągłą dziurę o średnicy kilku metrów.

— Zła decyzja. — Fabian pokręcił głową. — Jeszcze się do was odezwę, ale mogę już nie być tak uprzejmy. Do zobaczenia.

Mężczyzna wziął głębszy oddech, po czym zagrał na flecie dłuższą melodię, zaraz po czym oderwany fragment ziemi wzniósł się wyżej i zniknął obecnym z oczu.


O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License