Sandbox2 Dr-Maxwell1
ocena: 0+x

Wszak Artreon IV bogobójstwa był się dopuścił.

Pomoc naukowa: http://www.scp-wiki.net/scp-4205

Król Senior Artreon VII - zamordowany tyran, zła strona archetypu ojca.
Król Daeif (arab. słaby) - bezradny, w depresji, kompleks Meduzy, popełnił w przeszłości liczne błędy.
Królowa Iracea - kompleks Jokasty, kompleks Klitajmestry.
Córka Aello (gr. burzliwa) - kompleks Amazonki.
Syn Cheferget (od Gat-Chefer) - kompleks Edypa, kompleks Jonasza, kompleks Piotrusia Pana.
Namiestnik Ninhursag (od sumeryjskiej bogini-matki) - kompleks Boga.
Arystokraci - kompleks mesjasza skierowany w stronę królewskiego syna.
Sem (od Semitów) - kompleks niższości, dąży do wyniesienia swojego ludu ponad rdzennych mieszkańców kraju.
Nannar (od sumeryjskiego boga Księżyca) - młodzieniec, syn cieśli, kompleks mesjasza.
Hegemon Salam (arab. pokój) - …

Płaskogłowi - plugawce, krwi nieczystej człekokształtni, skarlałe nieludzie.

Szczwół plamisty - pobudzenie, a potem paraliż i śmierć.

Nikt z żyjących nie pamięta jak zrodziło się Niebo. Jedynym świadkiem wyłonienia się jego gwieździstej otchłani było ono samo. Czarny bezkres istnienia nie narodził się takim, jakim go poznano. Niebo było niegdyś całością. Przed długimi eonami, niby beztroskie niemowlę zawisłe w czasie, pod naporem jego dotkliwych prądów, targane sztormami wielkiego oceanu bytowania, część naszego świata została oderwana i stłumiona, jako bliźniacze nasienie, któremu nie dane było współistnieć na jawie, stając się Snem, który wszyscy śnimy, Bracia i Siostry. Za prawdę powiadam Wam, wszyscy śnimy!


Między rzekami Alfurat i Namur, leżało ono, miasto Al' Yaana, stolica Królestwa Człowieka. Otoczona murem na sto stóp wysokim, w splendoru swego majestacie, skąpana zielenią ogrodów, najsłynniejszych w całym Królestwie Człowieka, spoglądała na podróżnych, zasadzając równocześnie zgrozę i zachwyt w ich sercach, gdy monumentalnie górowała nad wszystkim dookoła, po horyzont i za horyzont, niby pomnik wzniesiony przez ludzi, ku czci ludzi.

Niech tylko strażnicy na murach spostrzegą kolumnę zbrojnych, w znajomych ornamentach i pod nieobcym proporcem, zadąwszy w rogi obwieszczą powrót długo wyczekiwanych wojowników. Oto Hegemon Salam zwany Srogim powraca z siedmioletniej wyprawy, poza zachodnie rubieże imperium na sąsiednim kontynencie. Siedem lat roztaczał krwawe boje i przez siedem lat wyplenił gąszcze Płaskogłowych, którzy niczym pasożyt żerowali na dziewiczej ziemi zachodu. A prowadził ów Hegemon cztery tysiące rzeczonych plugawców, schwytanych żywcem w wielu krainach sąsiedniego kontynentu i te cztery tysiące wyrżnięte zostaną w tryumfalnym rytuale ku chwale najznamienitszego króla, Artreona VII.

Wkroczył dumnie Hegemon do miasta, a lud jął witać go radośnie i cześć mu oddawać. Za nim maszerowały wojska, równym krokiem zadeptując kwiaty, rzucane przez mieszkańców pod kopyta wierzchowca, na którym wielki wódz wjechał do stolicy. Zaś pomiędzy każdym oddziałem prowadzono szeregi jeńców, krwi nieczystej człekokształtnych na widok, których przechodnie wykręcali się z odrazą i zerkawszy nieco spode łba sączyli siarczyste obelgi. Wstręt ogarniał tłumy, matki kryły dzieci w obawie, by te jakowejś, przywleczonej przez psubraty, zarazy nie doznały. Gapiów ogarniały mdłości na widok tych krępych torsów, niedługich członków skutych łańcuchami i poskręcanych kudłów zwisających z wyraźnie nieludzkich przecież czaszek, którymi obdarowane przez los zostały te pseudo-ludzkie wymiociny szatana. Wystąpiwszy przed tłum młodzieniec, syn cieśli, schylił się by podnieść kamień i cisnął go wprost między Płaskogłowych. Po chwili w ślad za nim ruszyli także inni, miotając w stronę więźniów już nie tylko nienawistnym słowem, ale i bolesnymi pociskami, raz po raz spluwając na niewolników.

Oni byli nieczyści.

Hegemon skierował swego wierzchowca na zamek, głównymi ulicami przecinając szlaki zapracowanych obywateli, najprzeróżniejszego pochodzenia, tradycji, języka, wiary czy umaszczenia, przybyłych tu z najróżniejszych części imperium i osiadłych, by w tułaczce za chlebem i lepszym żywotem zaciągnąć się przy budowie największego arcydzieła ludzkości - pałacu, który przyćmić miał formatem swym twierdze w górach Kauzu, starą świątynię w Uruk, Perłę Pustyni z jej obserwatoriami gwiazdowymi, czy nawet sam zamek królewski. Wspólnym wysiłkiem ludzkość miała sięgnąć niebios.

Na dwór władcy wkroczył jeno Salam, bez oficerów, bez adiutantów, czy też służby. Udał się tedy Hegemon do sali tronowej, jednakże ku swojemu największemu zdziwieniu, powitany nie ujrzał zasiadającego na monarszym miejscu króla Artreona VII. Zasiadała tam bowiem córa władcy, Iracea. Skroń jej przyzdobiona była królewską koroną, atrybutem władzy obdarowywanym większą czcią, aniżeli wszelakie bóstwa. Albowiem to człowiek, po śmierci bogów, wynieść musiał swą naturę do rangi boskości, co też uwiecznione zostało w zdobionej szafirami i ametystami koronie królewskiej.

Artreon, jak przekonał się Salam, został zamordowany, w kilka miesięcy przed powrotem hegemona w rodzinne strony. Morderca, jak wyjawił królewski namiestnik Ninhursag, został schwytany i ukarany. Wpierw pozbawiono go oczu, by już nigdy nie dostąpił zaszczytu oglądania świata takim jakim jest. Następnie urżnięto mu język, ażeby nie wyrzekł już ani słowa, gdyż jak wszędy wiadomo, najniebezpieczniejszy jest zawsze ten kto te dwa walory, właściwe rodzajowi ludzkiemu dostatecznie opanuje. Na miłe tychże pieszczot zakończenie nieszczęśnika nawleczono na pal. Kędy już krwiożerczy zapał dworu został okiełznany, przysposobiono się do koronacji sukcesorki, która to urząd najwyższy jęła objąć niespełna miesiąc przed przyjazdem wielkiego wodzą. Wszystek spraw mógł zostać dopełniony wcześniej, tak bowiem życzyła sobie następczyni, lecz Trybun (to jest uczony w prawie i najwyższy za wyjątkiem króla sędzia) wbrew Iracei nalegał, ażeby cały proces przeprowadzić bez zbędnego pośpiechu.

— Spostrzegłem pałętających się po dworze błaznów — zauważył hegemon — Czyż nie jest to czas i pora na dochowanie należytej żałoby?
— Żałoba dobiegła końca wraz z koronacją — odparł Ninhursag — A nowa władczyni ceni sobie komediantów z polotem, w przeciwieństwie do naszego monarchy-nieboszczyka, który wszystkich zawodowych rozweselaczy w stolicy kazał wyciąć w pień, bowiem wielce go rozsierdzali swym bezczelnym krytykanctwem. Szafował życiami jakby gdyby był to jego boski przywilej. Spójrzmy prawdzie w oczy - było, jest i będzie wielu takich co mają o wiele większe moralne kompetencje w tej materii, prawda? — powiadał namiestnik, wwiercając się swymi głębokimi jak studnia na pustyni ślepiami w duszę Salama, jakby rozsmakowując się w każdym wypowiedzianym słowie — No, ale taki to już był ten nasz król-trup, za życia odznaczał się sztywnością ducha, a po śmierci - ciała.




« Sandbox 1 | Sandbox 2 | Sandbox 3 »

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License