WBOryginalne
rating: 0+x

W Warszawie słońce świeci na niebiesko. Wiem to, bo budzi mnie tak każdego południa. No, może niekoniecznie południa, ale nie jest to też rano. Powiedzmy, dziesiąta? Dzisiaj wstałem o dziesiątej dwadzieścia. Słońce, niebieskie jak wcześniej wspomniałem, przyjemnie grzało i uznałem, że skorzystam z okazji i przebiegnę się po świeże bułki. Założyłem swoje trampki i wytarte dżinsy, czarną bluzę, w słuchawkach odpaliłem nową płytę Kabanosa i zapiąłem przez pas nerkę.

Musicie w tym momencie zrozumieć coś ważnego, moi mili. Normalnie nie trudziłbym się wyjaśnianiem co dokładnie na siebie założyłem. Zapewne mamy taki sam zwyczaj nie wychodzenia z domu nago i śmiało mógłbym pominąć ten etap, przechodząc do tych fajnych elementów przygód tego dnia. Zwróćcie jednak szczególną uwagę na to, co na siebie nałożyłem i zapamiętajcie to, bo dzięki temu nie będę musiał nic wyjaśniać w przyszłości.

Zamiast windy zeskakiwałem po kilka schodków na dół, głośnym echem mijając piętro za piętrem. Stopnie były dość śliskie, ale wiecie, trampki to nie conversy, nie muszę się martwić o przyczepność. Ostatnie pięć schodów pokonałem jednym susem i wypadłem przez drzwi wprost na niedzielne południe miasta.

Droga do Złotego Kłosa prowadziła w lewo, ale stał tam czarny samochód z symbolem trzech strzałek, dlatego pobiegłem w drugą stronę. Starannie przeskoczyłem barierkę nad urwiskiem (tak tylko na nie mówiliśmy, w rzeczywistości był to jedynie murek stanowiący wnękę do koszów na śmieci, dobra miejscówka na popijawę) i turlając się przez lewy bark byłem w już w ciągłym biegu.

Unless otherwise stated, the content of this page is licensed under Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License